26/09/10
Postanowilismy ruszyc w gory w region Tuszeti. Jedynym sposobem dotarcia do wioski ktora nas intersowala bylo wynajecie Jeepa. Koszt wynajecia takiego samochodu byl niesamowicie wysoki jak na warunki gruzinskie, ale jedna z zalet podrozowania z ojcem jest to ze nie musze sie takimi rzeczami przejmowac. Niecale 140 kilometrow jechalismy 5 godzin. Ale bylo to 5 godzin ktore dobrze zapamietam. W czasie tej trasy, gdy z naprzeciwka jechal na nas samochod, wyprzedzajacy inny nasz kierowca sie przezegnal. Jestem z siebie bardzo dumny, bo skoro gruzinski kierowca sie zegna to polski pasazer powiniec sie ze strachu zesrac. a ja utrzymalem. choc nie bylo lekko. Do dzis nie mam pojecia jakiego wyznania byl ten nasz kierowca. Zegnal sie jak prawoslawny (I mial matke boska w samochodzie), co nie przeszkadzalo mu miec symboli mahometa w tym samym samochodzie I wiatac sie jak muzulmanin. Wracajac do drogi, przejazd przez gor byl niesamowity. Przepiekna gorska jesien I przejrzyste powietrze zapewnilo nam niesamowite widoki. Nie moge sie doczekac zdjec z tej czesci podrozy. Niesamowite widoki mielismy takze pod name, poniewaz droga byla wyjatkowo waska a pod nami co jakis czas lezaly wraki samochodow. Na drodze nie brakowalo tez krzyzy i tabliczek oraz zdjec ludzi ktorzy tam zgineli. ciekawostka jest ze na tabliczkach czasem dopisywana byla marka samochodu w ktorej zgineli ci ludzie (glownie kamazy- ruskie ustrojstwa, stworzone dla wojska). Po takiej pelnej wrazen podrozy dotarlismy do naszej wioski. Podjechalismy pod nasz “Woodhouse Hotel”. Na miejscu okazalo sie ze ani w naszym “hotelu” (“jeden pokoj w ktorym staly trzy lozka jedno przy drugim), ani w calej wiosce nie ma ani pradu ani kanalizacji. Przez te dwa dni ktore tam spedzilismy mielismy okazje popatrzec jak gorale zyli 200 lat temu. Glownym zajeciem ludzi ktorzy tam mieszkaja jest wypas owiec. Przy naszym hotelu bylo male polteko ktore uprawiane bylo tylko za pomoca rak ludzkich. Zdziwilo mnie to bardzo, poniewaz posiadali oni konie. Widocznie nie posiadali wiedzy jak zrobic plug. Po kolacji zlozonej z produktow ktore powstaly nie dalej niz 200 metrow od miejsca w ktorym je jedlismy poszlismy spac na najbardziej niewygodnych lozkach w historii uniwersum.
27/09/10
Wioska przy ktorej mieszkalismy wygladala jak sprzed 200 albo I wiecej lat. Jedyne oznaki nowoczesnosci to 3 samochody I kawalki foli I plastikowe butelki. I tyle. Domy zbudowane z kamienia, bez zadnej zaprawy. do tego pare zerdzi i koniec. Ciekawa rzecza byly 4 wieze zbudowane w tej wiosce. nie bardzo mogly byc one praktyczne, ani obronne. musze poczytac dlaczego byly tam budowane. Cala wioska wygladala bardziej jak plan do filmu fantastycznego niz prawdziwe miejsce do mieszkania. Do tego ten niesamowity alphabet I sposob mowienia (niesamowicie ostry, wrecz zwierzecy). Wszystko to robilo wrazenie innego swiata. Kolejna dolina to juz czeczenia. Podczas wojny w czeczeni byla taka bieda ze wszystkie wilki I niedzwiedzie pouciekaly na strone gruzinska. I teraz gruzini musza z nimi walczyc.
Naszczescie nastepna noc zaliczylem juz lezac na deskach. Bylo to million razy wygodniejsze niz stary sprezynowy materac.
środa, 29 września 2010
25/09-26/09
25/09/2010
Poranek byl znacznie lzejszy niz sobie to wieczorem wyobrazalem. Zimny prysznic I mocna herbata pozwolily mi zapomniec o wczorajszym dniu. Po malym sniadaniu, spakowalismy sie I ruszylismy w strone metra. Tibilisi w tej chwili posiada dwie linie metra I wlasnie konczy budowe pierwszej czesci trzeciej linii. Miasto jest mniejsze niz Warszawa, I w 70% wyglada jak stare dzielnice wroclawia po trzesieniu ziemi. Niestety wojna (a raczej wojny) zniszczyly je mocno. Ciezko jest jest uwierzyc ze w tym kraju ostatnia wojna skonczyla sie w zeszlym roku. Siedzi sie w kawiarni, do okola pelno usmiechnietych ludzi a jeszcze pare lat temu ci sami ludzie brali tu udzial w walkach.
Ruchome schody w metrze robia wrazenie. Moze nie sa najnowsze, ale jedzie sie nimi ponad minute. Metro jest naprawde, bardzo gleboko pod ziemia. Mysle ze stacje sa zaprojektowane jako schrony dla ludnosci cywilnej w razie wojny atmowej.
Przejechalismy dwie stacje I wysiedlismy w poszukiwaniu marszrutki. Marszrutke znalezlismy dosyc szybko, teraz trzeba bylo tylko poczekac az znajdzie sie tyle chetnych by mogla ona ruszyc. Gdzies po godzinie, udalo sie zebrac komplet. Jechalismy w gory. Trase 140km pokonalismy w niecale 4 godziny. Moze w gruzji maja wiecej linii metra niz w polsce, ale drogi zdecydowanie naleza do ciekawych atrakacji. Kawalki asfaltu, wylaniajace sie z dziur, zawsze zaskakuja kierowce. Musze tez przyznac ze poznalem zupelnie nowa metode oszczedzania paliwa. Gruzja jest cala bardzo gorzysta. Kierowcy wiec korzystaja z tego w 100%. Gdy tylko wtocza sie na szczyt wylaczaja silnik I zjezdzaja. Nikomu nie przeszkadza brak kontroli nad torem jazdy (nie dziala wspomaganie kierownicy), ani brak mozliwosci zatrzymania sie (brak wspomagania hamulcow). I zeby nie bylo, gdy zblizalismy sie do innego samochodu, kierowca czekal do ostatniego momentu (albo I chwile dluzej), z wlaczeniem silnika I nacisnieciem hamulca. Nasz kierowca naprawde wkladal serce w jazde samochodem. Dwa razy zatrzymywal inne samochody ktore nie chcialy zjechac przed nami, po czym wyzywal kierowcow tych pojazdow, za kazdym razem kolo 10 minut. Bylem pewien ze w indiach jezdza zle, ale przekonalem sie ze dopiero w gruzji dzieki zwyklej przejzadzce moge byc przez 4 godziny naladowany adrenalina.
Na miejscu zjedlismy zupe, szaszlyk, ichniejsze pieczywo (chaciapuri) I ichniejsze pierozki (znacznie wieksze, z miesem I rosolem w srodku). Po takim jedzeniu naprawde ciezko jest wstac od stolu. Obok nas w knajpie przygotowywana byla wieksza impreza. Okazalo sie ze to 60 urodziny pewnego gruzina. jego corka oczywiscie zaprosila na ta impreze. niestety nie mielismy juz sily. znalezlismy swietne miejsce do spania, porozmawialismy przy winie z naszym gospodarzem o stosunkach polsko rosyjsko gruzinskich I poszlismy spac .
26/09/2010
Nasz gospodarz bardzo sie nami zajal. Zorganizowal nam samochod I pojechalismy do malego kosciola ktory powstal w polowie 17 wieku. Jak na gruzje nie jest to zaden wiekszy zabytek. ale w tym samym miejscu byly rozne budowle od 4 wieku naszej ery. Byly to roznego typu swiatynie I przyswiatynne szkoly. W wielu miejscach w ziemi byly wkopane amfory mogace pomiescic tak na oko 500 litrow wina. Tu takze uczyli sie jak robic wino.
Potem wrocilismy na chwile do naszego gospodarza I wzielismy jego znajomego by dalej z nim zwiedzac. Jego znajomy jest murzynem z USA I studiuje dzienikarstwo na Ukrainie. Byl juz wiele razy w gruzji. Od paru lat robi zdjecia mieszanym rodzina na terenie bylego zwiazku radzieckiego. Dzien wczesniej byl w Tibilisi gdzie robil zdjecia nigeryjczykowi ktory ozenil sie z gruzinka.
Dotarlismy do jakiego muzum pisarza (Nudy), a potem do fabryki wina (nie nudy). Robia swietne biale wino. Bardzo lekkie I przejrzyste, jednoczesnie o ciekawym smaku. Do zwiedzenia byl takze stary budynek fabryki win. Sam budynek dosyc duzy, ale niezbyt ciekawy. Natomiast piwnice robily niesamowite wrazanie swoimi rozmiarami. Niestety wszystko zostalo wykradzione podczas ktorejs z wojen.
Wrocilismy do siebie poznym poludniem, ja na chwile przylozylem glowe do poduszki a tata z gospodarzem dzielnie walczyli z dzbankami wina I dyskutowali o polityce. Gdy obudzilem sie gospodarz juz byl w takim stanie ze koniecznie chcial nam cos powiedziec (moi drug! ja hatiel by wam skazac ocen wazna rzecz). Ale nie udalo mu sie nic wyartykulowac. Bywa. Dzien zakonczylem czytaniem ksiazki I pisaniem do was.
Poranek byl znacznie lzejszy niz sobie to wieczorem wyobrazalem. Zimny prysznic I mocna herbata pozwolily mi zapomniec o wczorajszym dniu. Po malym sniadaniu, spakowalismy sie I ruszylismy w strone metra. Tibilisi w tej chwili posiada dwie linie metra I wlasnie konczy budowe pierwszej czesci trzeciej linii. Miasto jest mniejsze niz Warszawa, I w 70% wyglada jak stare dzielnice wroclawia po trzesieniu ziemi. Niestety wojna (a raczej wojny) zniszczyly je mocno. Ciezko jest jest uwierzyc ze w tym kraju ostatnia wojna skonczyla sie w zeszlym roku. Siedzi sie w kawiarni, do okola pelno usmiechnietych ludzi a jeszcze pare lat temu ci sami ludzie brali tu udzial w walkach.
Ruchome schody w metrze robia wrazenie. Moze nie sa najnowsze, ale jedzie sie nimi ponad minute. Metro jest naprawde, bardzo gleboko pod ziemia. Mysle ze stacje sa zaprojektowane jako schrony dla ludnosci cywilnej w razie wojny atmowej.
Przejechalismy dwie stacje I wysiedlismy w poszukiwaniu marszrutki. Marszrutke znalezlismy dosyc szybko, teraz trzeba bylo tylko poczekac az znajdzie sie tyle chetnych by mogla ona ruszyc. Gdzies po godzinie, udalo sie zebrac komplet. Jechalismy w gory. Trase 140km pokonalismy w niecale 4 godziny. Moze w gruzji maja wiecej linii metra niz w polsce, ale drogi zdecydowanie naleza do ciekawych atrakacji. Kawalki asfaltu, wylaniajace sie z dziur, zawsze zaskakuja kierowce. Musze tez przyznac ze poznalem zupelnie nowa metode oszczedzania paliwa. Gruzja jest cala bardzo gorzysta. Kierowcy wiec korzystaja z tego w 100%. Gdy tylko wtocza sie na szczyt wylaczaja silnik I zjezdzaja. Nikomu nie przeszkadza brak kontroli nad torem jazdy (nie dziala wspomaganie kierownicy), ani brak mozliwosci zatrzymania sie (brak wspomagania hamulcow). I zeby nie bylo, gdy zblizalismy sie do innego samochodu, kierowca czekal do ostatniego momentu (albo I chwile dluzej), z wlaczeniem silnika I nacisnieciem hamulca. Nasz kierowca naprawde wkladal serce w jazde samochodem. Dwa razy zatrzymywal inne samochody ktore nie chcialy zjechac przed nami, po czym wyzywal kierowcow tych pojazdow, za kazdym razem kolo 10 minut. Bylem pewien ze w indiach jezdza zle, ale przekonalem sie ze dopiero w gruzji dzieki zwyklej przejzadzce moge byc przez 4 godziny naladowany adrenalina.
Na miejscu zjedlismy zupe, szaszlyk, ichniejsze pieczywo (chaciapuri) I ichniejsze pierozki (znacznie wieksze, z miesem I rosolem w srodku). Po takim jedzeniu naprawde ciezko jest wstac od stolu. Obok nas w knajpie przygotowywana byla wieksza impreza. Okazalo sie ze to 60 urodziny pewnego gruzina. jego corka oczywiscie zaprosila na ta impreze. niestety nie mielismy juz sily. znalezlismy swietne miejsce do spania, porozmawialismy przy winie z naszym gospodarzem o stosunkach polsko rosyjsko gruzinskich I poszlismy spac .
26/09/2010
Nasz gospodarz bardzo sie nami zajal. Zorganizowal nam samochod I pojechalismy do malego kosciola ktory powstal w polowie 17 wieku. Jak na gruzje nie jest to zaden wiekszy zabytek. ale w tym samym miejscu byly rozne budowle od 4 wieku naszej ery. Byly to roznego typu swiatynie I przyswiatynne szkoly. W wielu miejscach w ziemi byly wkopane amfory mogace pomiescic tak na oko 500 litrow wina. Tu takze uczyli sie jak robic wino.
Potem wrocilismy na chwile do naszego gospodarza I wzielismy jego znajomego by dalej z nim zwiedzac. Jego znajomy jest murzynem z USA I studiuje dzienikarstwo na Ukrainie. Byl juz wiele razy w gruzji. Od paru lat robi zdjecia mieszanym rodzina na terenie bylego zwiazku radzieckiego. Dzien wczesniej byl w Tibilisi gdzie robil zdjecia nigeryjczykowi ktory ozenil sie z gruzinka.
Dotarlismy do jakiego muzum pisarza (Nudy), a potem do fabryki wina (nie nudy). Robia swietne biale wino. Bardzo lekkie I przejrzyste, jednoczesnie o ciekawym smaku. Do zwiedzenia byl takze stary budynek fabryki win. Sam budynek dosyc duzy, ale niezbyt ciekawy. Natomiast piwnice robily niesamowite wrazanie swoimi rozmiarami. Niestety wszystko zostalo wykradzione podczas ktorejs z wojen.
Wrocilismy do siebie poznym poludniem, ja na chwile przylozylem glowe do poduszki a tata z gospodarzem dzielnie walczyli z dzbankami wina I dyskutowali o polityce. Gdy obudzilem sie gospodarz juz byl w takim stanie ze koniecznie chcial nam cos powiedziec (moi drug! ja hatiel by wam skazac ocen wazna rzecz). Ale nie udalo mu sie nic wyartykulowac. Bywa. Dzien zakonczylem czytaniem ksiazki I pisaniem do was.
22/09-24/09
22/09/2010
Zostawilem Polske w czasie ktory jest przez niektorych nazywany “zlota polska jesienia”. Cieple wrzesniowe slonce I lekki wiatr, wolaly do mnie, bym zostal. W takie dni, kazda godzina podczas ktorej nie spaceruje sie z ruda dziewczyna, jest zbrodnia… A ja juz swoje nagrzeszylem wiec uciekam. Wsiadajac do samolotu, ostatni raz zaciagnalem sie mocno powietrzem, w srodku klatki piersiowej czuc bylo lod. Powoli nadchodzi zima.
23/09/2010
Przywitala nas sciana, goracego, tlustego powietrza. Troche nieprzytomni zlapalismy taksowke I wozilismy sie od hotelu do hotelu. Budzilismy po koleji recepnionstow tylko po to by dowiedziec sie ze nie ma juz miejsc lub ze pokoj kosztuje wiecej niz przewidujemy wydac przez nastepny tydzien. W koncu wyladowalismy w hostelu. Prawie wszystkie hostele maja ten sam zestaw mieszkancow. Lewicowa mlodziez z Izreala, USA, Francji, Anglii I Polski. Obowiazkowym ekipunkiem sa: sciachane sandal, plecak z przyczepiona karimata, aparat I przewodnik Lonely Planet. Wiekszosc z nich naczytala sie “W drodze” I I teraz pragnie uciec przed drobnomieszczanskim stylem zycia ktore I tak ich czeka. Proboja uciekac, jednoczesnie nie potrafiac zerwac z zyciem w kraju na tyle by nie skorzystac z interentu przy pierwszej okazji. Calkiem dobrze tam pasowalem;)
Po przyjezdzie mocno odczuwalismy ostatnie dni pracy. Odwiedzilismy ze dwie czy trzy knajpki I obzarci do granic mozliwosci tlustym jedzeniem wrocilismy do hostelu. Postanowilem chwile sie zdrzemnac. Niestety z lozka wstalem nie po 15 minutach a po 15 godzinach. Bywa…
24/09/2010
Tym razem wzielismy sie porzadnie za zwiedzanie. Pierwsza polowe dnia zajelo nam zorientowanie mapy. Po paru godzinach spacerowania po miescie zdalismy sobie sprawe ze jestesmy po odwrotnej stronie rzeki niz mysliesmy. Bywa… Na szczescie nigdzie nam sie nie spieszylo, I na niczym nam za bardzo nie zalezalo. Obejrzelismy parlament I inne budynki ktore oglada sie w kazdym kraju, w sumie nie bardzo wiedzac po co. Po obejrzeniu centrum miasta zaglebilismy sie w mniejsze uliczki. Tam znaliezlismy niesamowity bazar. Cyganie, rosjanie I gruzini sprzedawali przerozne pamiatki pozostale po dawnym systemie politycznym. Czapki, medaliony I szable z czerowona gwiazda, portrety I popiersia stalina I pelno tego typu sowieckiego syfu. Szukajac jakis ciekawych kartek, trafilismy na niesamowitego czlowieka o imieniu Tarzan. Jak sam nam opowiedzial, bedac 5 letnim dzieckiem obejrzal po raz pierwszy Tarzana I postanowil zmienic swoje imie. Cala hiostoria wydarzyla sie ponad pol wieku temu ale Tarzan caly czas jest dumny ze swojego nowego imienia. Po zakupieniu paru kartek u niego, postanowil nas poraczyc winem ktore wlasnie kupil, na predce pozyczyl pare szklanek od cyganow I w pelnym sloncu rozpoczelismy rozpijanie dwolitrowej butelki. Przy 4 szklance I dyskusji ktora powtarza sie przy prawie kazdym spotkaniu z gruzinami (dlaczego ci ruscy chca caly czas walczyc kiedy my chcemy sie rozwijac, uczyc sie), podziekowalismy pieknie I ruszylismy dalej w miasto. Pare krokow dalej w uliczce wsrod walacych sie domow, zaczepila nas grupka nastolatkow rozpijajaca lokalny bimber. Oczywiscie powiedzieli nam ze nie puszcza nas dalej jesli nie napijemy sie znimi po szklance (a potem drugiej). A calosc trzeba oczywscie zagrysc chlebem z pasztetem. Wypilismy za przyjazn polsko gruzinska I ruszylismy w poszukiwaniu knajpy w ktorej mozna by cos przekosic.
Gruzja zdecydowanie nie jest krajem do zwiedzania dla dietetykow I abstynentow. Tacy nie przetrwali by tu jednego dnia. Tibilisi jest przepieknym miastem, ale jak kazde miasto ma swoje wady, brakuje mu urokliwych knajebek. W ciagu dwoch dni przeslismy hektar dwiescie metrow I znalezlismy jedno w miare porzadne miejsce. Tam wlasnie zatrzymalismy sie na zakuske I winko. Po tym jak zamowilismy jedzenie, obok nas usiadla para z polski. Zachowalismy sie jak na prawdziwych turytow z polski przystalo, to znaczy udawalismy ze jestesmy z innego kraju I wcale nierozumiemy o czym oni mowia. Jednak oni byli przebiegli, odrazu wyczytali z naszych twarzy ze pochodzimy z kraju wodka I sokiem z kiszonych ogorkow plynacym. wiec po dwoch minutach juz siedzieli przy naszym stoliku. Okazali sie bardzo ciekawymi ludzmi. Dziewczyna jest szefowa finansow w jakies duzej gieldowej spolce I wyrwala sie na pare dni w gory. On byl jej przewodnikiem. Ona mimo doswiadczenia w chodzeniu po gorach, I poprawnie przeprowadzonej aklimatyzacji dostala choroby wysokosciowej. Dzieki znajomoscia w ichniejszym MSZ sciagneli ja z tej gory helikopterem. Podobno miala duze szczescie, bo gdyby nie znajomosci, musieli by ja sciagac na noszach I mogla by calej akcji nie przezyc. Podobno gdy helicopter wyladowal, juz czekaly 4 stacje telewizyjne. A w rosyjskich mediach podano ze ta dziewczyna zginela. naszczescie do polskich mediow zadna informacja sie nie przedostala. W kazdym razie przez ostatni tydzien dochodzila ona do siebie, a przewodnik opiekowal sie nia. Po dwoch butelkach wina I dwoch daniach postanowilismy zmienic local. W kolejnym takze podjelismy I wypilismy. Przed powrotem do domu przewodnik pokazal nam jeszcze laznie. Oprocz piekielnie starych lazni miejskich (to dzieki cieplym zrodlom a przez to lazniom, powstalo cale miasto), zalatwil nam wejscie do luksowych lazni ktore wynajmuje sie na godziny. Sa one otwarte 24 na dobe. Bylismy tak kolo drugiej w nocy I klientow nie brakowalo. Widac bylo ze grupki znajomych, idac z imprezy na impreze wpadaly do lazni by tam sie chwile pobawic. Po lazniach wrocilismy do hostelu. Tata poszedl spac, a ja rozpoczalem dyskusje oraz walke z kolejnymi butelkami samoogonu wraz z lokalna I miedzynarodnoja mlodzieza.
Mogl bymjeszcze wiele napisac ale jestem swiadom tego ze I tak jest to duzo tekstu. Po za tym musze sobie zostawic pewne historie do opowiedzania. Pstrykam jakies zdjecia, moze cos z tego wyjdzie.
Zostawilem Polske w czasie ktory jest przez niektorych nazywany “zlota polska jesienia”. Cieple wrzesniowe slonce I lekki wiatr, wolaly do mnie, bym zostal. W takie dni, kazda godzina podczas ktorej nie spaceruje sie z ruda dziewczyna, jest zbrodnia… A ja juz swoje nagrzeszylem wiec uciekam. Wsiadajac do samolotu, ostatni raz zaciagnalem sie mocno powietrzem, w srodku klatki piersiowej czuc bylo lod. Powoli nadchodzi zima.
23/09/2010
Przywitala nas sciana, goracego, tlustego powietrza. Troche nieprzytomni zlapalismy taksowke I wozilismy sie od hotelu do hotelu. Budzilismy po koleji recepnionstow tylko po to by dowiedziec sie ze nie ma juz miejsc lub ze pokoj kosztuje wiecej niz przewidujemy wydac przez nastepny tydzien. W koncu wyladowalismy w hostelu. Prawie wszystkie hostele maja ten sam zestaw mieszkancow. Lewicowa mlodziez z Izreala, USA, Francji, Anglii I Polski. Obowiazkowym ekipunkiem sa: sciachane sandal, plecak z przyczepiona karimata, aparat I przewodnik Lonely Planet. Wiekszosc z nich naczytala sie “W drodze” I I teraz pragnie uciec przed drobnomieszczanskim stylem zycia ktore I tak ich czeka. Proboja uciekac, jednoczesnie nie potrafiac zerwac z zyciem w kraju na tyle by nie skorzystac z interentu przy pierwszej okazji. Calkiem dobrze tam pasowalem;)
Po przyjezdzie mocno odczuwalismy ostatnie dni pracy. Odwiedzilismy ze dwie czy trzy knajpki I obzarci do granic mozliwosci tlustym jedzeniem wrocilismy do hostelu. Postanowilem chwile sie zdrzemnac. Niestety z lozka wstalem nie po 15 minutach a po 15 godzinach. Bywa…
24/09/2010
Tym razem wzielismy sie porzadnie za zwiedzanie. Pierwsza polowe dnia zajelo nam zorientowanie mapy. Po paru godzinach spacerowania po miescie zdalismy sobie sprawe ze jestesmy po odwrotnej stronie rzeki niz mysliesmy. Bywa… Na szczescie nigdzie nam sie nie spieszylo, I na niczym nam za bardzo nie zalezalo. Obejrzelismy parlament I inne budynki ktore oglada sie w kazdym kraju, w sumie nie bardzo wiedzac po co. Po obejrzeniu centrum miasta zaglebilismy sie w mniejsze uliczki. Tam znaliezlismy niesamowity bazar. Cyganie, rosjanie I gruzini sprzedawali przerozne pamiatki pozostale po dawnym systemie politycznym. Czapki, medaliony I szable z czerowona gwiazda, portrety I popiersia stalina I pelno tego typu sowieckiego syfu. Szukajac jakis ciekawych kartek, trafilismy na niesamowitego czlowieka o imieniu Tarzan. Jak sam nam opowiedzial, bedac 5 letnim dzieckiem obejrzal po raz pierwszy Tarzana I postanowil zmienic swoje imie. Cala hiostoria wydarzyla sie ponad pol wieku temu ale Tarzan caly czas jest dumny ze swojego nowego imienia. Po zakupieniu paru kartek u niego, postanowil nas poraczyc winem ktore wlasnie kupil, na predce pozyczyl pare szklanek od cyganow I w pelnym sloncu rozpoczelismy rozpijanie dwolitrowej butelki. Przy 4 szklance I dyskusji ktora powtarza sie przy prawie kazdym spotkaniu z gruzinami (dlaczego ci ruscy chca caly czas walczyc kiedy my chcemy sie rozwijac, uczyc sie), podziekowalismy pieknie I ruszylismy dalej w miasto. Pare krokow dalej w uliczce wsrod walacych sie domow, zaczepila nas grupka nastolatkow rozpijajaca lokalny bimber. Oczywiscie powiedzieli nam ze nie puszcza nas dalej jesli nie napijemy sie znimi po szklance (a potem drugiej). A calosc trzeba oczywscie zagrysc chlebem z pasztetem. Wypilismy za przyjazn polsko gruzinska I ruszylismy w poszukiwaniu knajpy w ktorej mozna by cos przekosic.
Gruzja zdecydowanie nie jest krajem do zwiedzania dla dietetykow I abstynentow. Tacy nie przetrwali by tu jednego dnia. Tibilisi jest przepieknym miastem, ale jak kazde miasto ma swoje wady, brakuje mu urokliwych knajebek. W ciagu dwoch dni przeslismy hektar dwiescie metrow I znalezlismy jedno w miare porzadne miejsce. Tam wlasnie zatrzymalismy sie na zakuske I winko. Po tym jak zamowilismy jedzenie, obok nas usiadla para z polski. Zachowalismy sie jak na prawdziwych turytow z polski przystalo, to znaczy udawalismy ze jestesmy z innego kraju I wcale nierozumiemy o czym oni mowia. Jednak oni byli przebiegli, odrazu wyczytali z naszych twarzy ze pochodzimy z kraju wodka I sokiem z kiszonych ogorkow plynacym. wiec po dwoch minutach juz siedzieli przy naszym stoliku. Okazali sie bardzo ciekawymi ludzmi. Dziewczyna jest szefowa finansow w jakies duzej gieldowej spolce I wyrwala sie na pare dni w gory. On byl jej przewodnikiem. Ona mimo doswiadczenia w chodzeniu po gorach, I poprawnie przeprowadzonej aklimatyzacji dostala choroby wysokosciowej. Dzieki znajomoscia w ichniejszym MSZ sciagneli ja z tej gory helikopterem. Podobno miala duze szczescie, bo gdyby nie znajomosci, musieli by ja sciagac na noszach I mogla by calej akcji nie przezyc. Podobno gdy helicopter wyladowal, juz czekaly 4 stacje telewizyjne. A w rosyjskich mediach podano ze ta dziewczyna zginela. naszczescie do polskich mediow zadna informacja sie nie przedostala. W kazdym razie przez ostatni tydzien dochodzila ona do siebie, a przewodnik opiekowal sie nia. Po dwoch butelkach wina I dwoch daniach postanowilismy zmienic local. W kolejnym takze podjelismy I wypilismy. Przed powrotem do domu przewodnik pokazal nam jeszcze laznie. Oprocz piekielnie starych lazni miejskich (to dzieki cieplym zrodlom a przez to lazniom, powstalo cale miasto), zalatwil nam wejscie do luksowych lazni ktore wynajmuje sie na godziny. Sa one otwarte 24 na dobe. Bylismy tak kolo drugiej w nocy I klientow nie brakowalo. Widac bylo ze grupki znajomych, idac z imprezy na impreze wpadaly do lazni by tam sie chwile pobawic. Po lazniach wrocilismy do hostelu. Tata poszedl spac, a ja rozpoczalem dyskusje oraz walke z kolejnymi butelkami samoogonu wraz z lokalna I miedzynarodnoja mlodzieza.
Mogl bymjeszcze wiele napisac ale jestem swiadom tego ze I tak jest to duzo tekstu. Po za tym musze sobie zostawic pewne historie do opowiedzania. Pstrykam jakies zdjecia, moze cos z tego wyjdzie.
Nota wyjaśniająca
Wszelkie relacje pochodzą od Stanisława Kamionki, który wraz z ojcem eksploruje jedną z byłych radzieckich kolonii. Ja tylko pomagam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)