środa, 29 września 2010

22/09-24/09

22/09/2010
Zostawilem Polske w czasie ktory jest przez niektorych nazywany “zlota polska jesienia”. Cieple wrzesniowe slonce I lekki wiatr, wolaly do mnie, bym zostal. W takie dni, kazda godzina podczas ktorej nie spaceruje sie z ruda dziewczyna, jest zbrodnia… A ja juz swoje nagrzeszylem wiec uciekam. Wsiadajac do samolotu, ostatni raz zaciagnalem sie mocno powietrzem, w srodku klatki piersiowej czuc bylo lod. Powoli nadchodzi zima.
23/09/2010
Przywitala nas sciana, goracego, tlustego powietrza. Troche nieprzytomni zlapalismy taksowke I wozilismy sie od hotelu do hotelu. Budzilismy po koleji recepnionstow tylko po to by dowiedziec sie ze nie ma juz miejsc lub ze pokoj kosztuje wiecej niz przewidujemy wydac przez nastepny tydzien. W koncu wyladowalismy w hostelu. Prawie wszystkie hostele maja ten sam zestaw mieszkancow. Lewicowa mlodziez z Izreala, USA, Francji, Anglii I Polski. Obowiazkowym ekipunkiem sa: sciachane sandal, plecak z przyczepiona karimata, aparat I przewodnik Lonely Planet. Wiekszosc z nich naczytala sie “W drodze” I I teraz pragnie uciec przed drobnomieszczanskim stylem zycia ktore I tak ich czeka. Proboja uciekac, jednoczesnie nie potrafiac zerwac z zyciem w kraju na tyle by nie skorzystac z interentu przy pierwszej okazji. Calkiem dobrze tam pasowalem;)
Po przyjezdzie mocno odczuwalismy ostatnie dni pracy. Odwiedzilismy ze dwie czy trzy knajpki I obzarci do granic mozliwosci tlustym jedzeniem wrocilismy do hostelu. Postanowilem chwile sie zdrzemnac. Niestety z lozka wstalem nie po 15 minutach a po 15 godzinach. Bywa…
24/09/2010
Tym razem wzielismy sie porzadnie za zwiedzanie. Pierwsza polowe dnia zajelo nam zorientowanie mapy. Po paru godzinach spacerowania po miescie zdalismy sobie sprawe ze jestesmy po odwrotnej stronie rzeki niz mysliesmy. Bywa… Na szczescie nigdzie nam sie nie spieszylo, I na niczym nam za bardzo nie zalezalo. Obejrzelismy parlament I inne budynki ktore oglada sie w kazdym kraju, w sumie nie bardzo wiedzac po co. Po obejrzeniu centrum miasta zaglebilismy sie w mniejsze uliczki. Tam znaliezlismy niesamowity bazar. Cyganie, rosjanie I gruzini sprzedawali przerozne pamiatki pozostale po dawnym systemie politycznym. Czapki, medaliony I szable z czerowona gwiazda, portrety I popiersia stalina I pelno tego typu sowieckiego syfu. Szukajac jakis ciekawych kartek, trafilismy na niesamowitego czlowieka o imieniu Tarzan. Jak sam nam opowiedzial, bedac 5 letnim dzieckiem obejrzal po raz pierwszy Tarzana I postanowil zmienic swoje imie. Cala hiostoria wydarzyla sie ponad pol wieku temu ale Tarzan caly czas jest dumny ze swojego nowego imienia. Po zakupieniu paru kartek u niego, postanowil nas poraczyc winem ktore wlasnie kupil, na predce pozyczyl pare szklanek od cyganow I w pelnym sloncu rozpoczelismy rozpijanie dwolitrowej butelki. Przy 4 szklance I dyskusji ktora powtarza sie przy prawie kazdym spotkaniu z gruzinami (dlaczego ci ruscy chca caly czas walczyc kiedy my chcemy sie rozwijac, uczyc sie), podziekowalismy pieknie I ruszylismy dalej w miasto. Pare krokow dalej w uliczce wsrod walacych sie domow, zaczepila nas grupka nastolatkow rozpijajaca lokalny bimber. Oczywiscie powiedzieli nam ze nie puszcza nas dalej jesli nie napijemy sie znimi po szklance (a potem drugiej). A calosc trzeba oczywscie zagrysc chlebem z pasztetem. Wypilismy za przyjazn polsko gruzinska I ruszylismy w poszukiwaniu knajpy w ktorej mozna by cos przekosic.
Gruzja zdecydowanie nie jest krajem do zwiedzania dla dietetykow I abstynentow. Tacy nie przetrwali by tu jednego dnia. Tibilisi jest przepieknym miastem, ale jak kazde miasto ma swoje wady, brakuje mu urokliwych knajebek. W ciagu dwoch dni przeslismy hektar dwiescie metrow I znalezlismy jedno w miare porzadne miejsce. Tam wlasnie zatrzymalismy sie na zakuske I winko. Po tym jak zamowilismy jedzenie, obok nas usiadla para z polski. Zachowalismy sie jak na prawdziwych turytow z polski przystalo, to znaczy udawalismy ze jestesmy z innego kraju I wcale nierozumiemy o czym oni mowia. Jednak oni byli przebiegli, odrazu wyczytali z naszych twarzy ze pochodzimy z kraju wodka I sokiem z kiszonych ogorkow plynacym. wiec po dwoch minutach juz siedzieli przy naszym stoliku. Okazali sie bardzo ciekawymi ludzmi. Dziewczyna jest szefowa finansow w jakies duzej gieldowej spolce I wyrwala sie na pare dni w gory. On byl jej przewodnikiem. Ona mimo doswiadczenia w chodzeniu po gorach, I poprawnie przeprowadzonej aklimatyzacji dostala choroby wysokosciowej. Dzieki znajomoscia w ichniejszym MSZ sciagneli ja z tej gory helikopterem. Podobno miala duze szczescie, bo gdyby nie znajomosci, musieli by ja sciagac na noszach I mogla by calej akcji nie przezyc. Podobno gdy helicopter wyladowal, juz czekaly 4 stacje telewizyjne. A w rosyjskich mediach podano ze ta dziewczyna zginela. naszczescie do polskich mediow zadna informacja sie nie przedostala. W kazdym razie przez ostatni tydzien dochodzila ona do siebie, a przewodnik opiekowal sie nia. Po dwoch butelkach wina I dwoch daniach postanowilismy zmienic local. W kolejnym takze podjelismy I wypilismy. Przed powrotem do domu przewodnik pokazal nam jeszcze laznie. Oprocz piekielnie starych lazni miejskich (to dzieki cieplym zrodlom a przez to lazniom, powstalo cale miasto), zalatwil nam wejscie do luksowych lazni ktore wynajmuje sie na godziny. Sa one otwarte 24 na dobe. Bylismy tak kolo drugiej w nocy I klientow nie brakowalo. Widac bylo ze grupki znajomych, idac z imprezy na impreze wpadaly do lazni by tam sie chwile pobawic. Po lazniach wrocilismy do hostelu. Tata poszedl spac, a ja rozpoczalem dyskusje oraz walke z kolejnymi butelkami samoogonu wraz z lokalna I miedzynarodnoja mlodzieza.
Mogl bymjeszcze wiele napisac ale jestem swiadom tego ze I tak jest to duzo tekstu. Po za tym musze sobie zostawic pewne historie do opowiedzania. Pstrykam jakies zdjecia, moze cos z tego wyjdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz